CONRADINOWCY W WILNIE

zdjęcia z wymiany w galerii

CONRADINOWCY W WILNIE – opowieść o wyprawie redaktorki naczelnej gazety szkolnej -„Czas Conradinum”- Joasi Krawczyk.

Wymiana między „Conradinum” a szkołą w Niemieżu, koło Wilna trwa już od 1998 roku. Co rok goście z Litwy przyjeżdżają do nas, a my do nich. Nawiązało się wiele trwałych i osobistych przyjaźni, zarówno między nauczycielami jak i uczniami. Finansowo jak i organizacyjnie wsparła nas WSPÓLNOTA POLSKA. Warto podkreślić, że wymiana jest formą nagrody za pracę na rzecz szkoły. Dla nas, Polaków Wilno ma szczególne znaczenie. Nierozerwalnie związanych jest z nim wiele wybitnych postaci, które przywykliśmy uważać za rodaków, by wspomnieć Mickiewicza i Słowackiego, braci Śniadeckich, Syrokomlę i Kraszewskiego, Bogusławskiego i Moniuszkę. Walczyli o nie Jasiński i Konarski, Kalinowski i Sierakowski, Piłsudski i Żeligowski, czy dowódca Armii Krajowej gen. Aleksander Krzyżanowski. Liczne miejsca mające dla nas rangę pamiątek narodowych – Ostra Brama, cmentarz na Rossie z Mauzoleum Marszałka, polskie lub spolszczone nazwy ulic, placów i dzielnic: Antokol i Belmont, Pohulanka i Ponary, Rybaki i Śnipiszki, Zarzecze i Zwierzyniec – bez względu na okoliczności historii zawsze pozostaną i w naszej pamięci, i w naszych sercach. Dlatego zrozumiały jest fakt ogromnego zainteresowania i zaangażowania w wyjazd Conradinowców. Chętnych było dużo, już w czerwcu trzeba było złożyć swój „list motywacyjny”, spośród, których specjalna komisja wybrała uczestników. Z możliwości wyjazdu skorzystali przedstawiciele samorządu szkolnego, artyści, sportowcy i dziennikarze „Czasu Conradinum”, cieszący się zaufaniem szkoły i posiadaniem paszportu RP. Tegoroczny wyjazd zorganizowały: dyrektor mgr Elżbieta Ochman, mgr Elżbieta Buczkowska – Protasewicz, mgr Bożenna Chmiel, mgr Małgorzata Urbanowicz, mgr Ewa Wolińska i mgr Katarzyna Kowalczyk. Razem załoga licząca 42 osoby. Wszystkich zapraszam do przeczytania dziennika naszych przygód, refleksje zanotowała Redaktor naczelny „Czasu Conradinum”: Joanna Krawczyk III AL.

Wilno 3.10-8.10 2005

Poniedziałek 3.10 dzień pierwszy: PODRÓŻ

W większości mieszkań naszych kolegów i koleżanek ze szkoły budziki rozdzwoniły się ok. godz. 4:30. Mój również, obudził mamę która rozpoczęła chrząkać się w kuchni, ja nie spałam całą noc: pakowanie, pożegnania… Szybko śniadanie kromka chleba i herbata, bo kto normalny je o tej porze? Ostatnie poszukiwanie szczoteczki do zębów, paszportu. Torba na ramię, i mundur z tym (ja i mama- jaka ona kochana) udałyśmy się na przystanek tramwajowy. Godz. 5.07 punktualnie przyjechał tramwaj nr 8 w nim senni podróżni: stoczniowcy jadący do pracy i inni, którzy zmierzali do swych codziennych obowiązków. Wszystkie miejsca zajęte… Węzeł kliniczna wysiadka, po drodze spotykamy innych uczestników wycieczki. Dochodząc do głównej bramy szkoły witam się z p. Elżbietę Buczkowską – Protasewicz, rysuje się na niej senny uśmiech i zatroskanie: „Witaj Asiu” Wchodzę do szkoły, zostawiłem w portierni pakunek dla koleżanki z klasy. Dostrzegam p. dyrektor Ochman i nauczycielki Wychowania Fizycznego p. Ewę i Kasię, ustalają ostatnie kwestie organizacyjne. Kilka minut po godz. 5:30 dochodzą spóźnialscy, autokar podjeżdża. Pakujemy torby, plecaki, prezenty, na końcu siebie, wiolonczelę i mundury. Każdy zadbał aby jego mundurek się nie pogiął, w końcu to „wyjazd służbowy”, każdy posiadał wieszak i pokrowiec.. ups prócz mnie (dziękuje Aniu za pomoc) – jeszcze z niedowierzaniem i łzą w oku widzę prawie 40 mundurów zawieszonych i powiewających w autokarze. Każdy znalazł sobie miejsce i towarzysza podróży. Sprawdzenie obecności, przywitanie z p. dyrektor i kierowcami, wszyscy gotowi: WYRUSZAMY DO WILNA.
I tak oto o 6:17 ruszyliśmy w kierunku wschodniej granicy.. Gdańsk jakby się obudził, a bohaterowie tej opowieści, zasłuchani w swoje CD i mp3 lub radio pokładowe, przytuleni do siebie albo do poduszki (kto był przewidujący), przemierzali mglistą drogę krajową E-7.
Siedząc z tyłu autokaru widziałam za swymi plecami śpiących sportowców, a w oddali, w samym w przodzie wystające nogi p. Ochman, która położyła się spać. Przejechaliśmy Olsztyn, kilka kilometrów za nim zatrzymaliśmy się w Giżycku (godz. 11:00) blisko portu jachtowego. Niestety już koniec sezonu, wszyscy jakby ożywieni i obudzeni. Jedziemy dalej i dalej.. wszystkim podróż się dłuży. W końcu dotarliśmy do Augustowa = JEDZENIE! Cóż będę wam się rozpisywać kotlet de volai i sałateczka, wszystkobr pycha. Granica, na telefonach komórkowych zasięg litewskiej sieci, podróżni wymieniają pieniądze orientują się w sklepie wolnocłowym, zmieniają godzinę o 1h do przodu wskazówki. Na pokład zabieramy starszego pana: księdza z Wilna. Podczas drogi oglądamy Epokę lodowcową, niektórzy do tej pory szukają „sysuni”; inni skarbu po obejrzeniu Piratów z Karaibów. W końcu dojechaliśmy do Wilna około godz. 19:30 czasu litewskiego (polskiego 18:30). Rozlokowaliśmy się w pokojach. Obiadokolacja, smsy do domów. Noc i sen (przynajmniej takie było zalecenie 😉 )

Wtorek 4.10

Dzisiejszy dzień jest wypełniony po brzegi. Pobudka rano o 7:00 (czyli o 6:00 czasu polskiego) udajemy się na śniadanie 8:00 podzieleni na dwie grupy. Poranek jest jesienny mglisty, zimne powietrze dostaje się do płuc. Słońce powoli przebija się przez chmury ogrzewa twarze, w centrum zabieramy pana przewodnika. Kierujemy się do Ponar.

PONARY – Golgota Wileńszczyzny metalowy krzyż i tablica upamiętniająca nazwiska kilkunastu tysięcy Polaków zamordowanych w latach 1941-1944 przez litewskich nacjonalistów w służbie niemieckiej. W lesie ponarskim zamordowano ponad l00 tys. osób, głównie narodowości żydowskiej. Uczciliśmy ich pamięć, świadomi okrutności wojny.

TROKI: Jedziemy do miasteczka, które było stolicą Wielkiego Księstwa Litewskiego w czasach największej jego sławy i świetności. Nieco ponad 20 kilometrów na północ od Wilna, jadąc ładną szeroką drogą, szybko dojeżdża się do Trok. Przed wjazdem do miasta wielka tablica przypomina przybyszom, że wjeżdżają na ojczyznę Wielkiego Księcia Vytautasa (Witolda). Już widać taflę jezior. Przed samym miastem droga rozdwaja się, my skręcamy w lewo do Starych Trok. Książe Giedymin postanowił wybudować szereg zamków na tych terenach, tym bardziej, ze jeziora sprzyjali planom obronnym. Trudno uwierzyć, ze gdzieś tutaj w tych okolicach przeszło dzieciństwo przyszłych wielkich władców Litwy, którzy potrafili igrać losami Europy, wielkich Książąt Litewskich: Olgierda – ojca przyszłego Króla Polski Jagiełły oraz Kiejstuta – ojca Witolda. Księżniczka a przyszła Królowa Polski Aldona Anna, ulubiona córka Giedymina, zanim wyszła za mąż za Kazimierza Wielkiego, biegała po tych pagórkach. Tutaj tez Biruta – małżonka Kiejstuta urodziła na świat Witolda.
Nazwa Troki podobno pochodzi od litewskiego „trakas”, czyli „przesieka”, albo od słowiańskiego „troki” – czyli upolowana zdobycz. „Przytroczyć” oznaczało przymocować do konia owa zdobycz. Polacy teraz nie maja zbyt dużo do powiedzenia, a odrodzony nacjonalizm litewski każe uznawać wersje, potwierdzając litewską etniczność tych ziem, zapominając, że języki słowiańskie miały o wiele większy wpływ i znaczenie w Księstwie, niż język, który teraz nazywamy litewskim.
Naszym oczom ukazał się zamek z czerwonej cegły na błękitnym niebie otoczony zewsząd wodą, odbijał się w jej tafli. Urzeknięci tym widokiem, zatrzymaliśmy czas w obiektywie aparatów. Jeszcze kilkadziesiąt metrów i będziemy u bramy. Niektórzy nie dostrzegając mostu, chcieli stąpać po wodzie, lub zanurzyć się w jej toni. Znajdując się na wyspie na której stoi zamek wchodzimy przez potężną bramę i jesteśmy na wielkim podwórzu, otoczonym szaro-czerwonymi murami. Wywierając jeszcze raz nieopisane wrażenie i zachwyt. Większości mężczyzn odrodził się średniowieczny etos rycerski, natomiast damy przechodząc miedzy kolejnymi komnatami ubolewały z powodu przewiewów panujących w zamku. Zasłuchani w historii kawałek, którymi raczył nasz przewodnik zobaczyliśmy wiele eksponatów większość stanowią zrabowane u Tyszkiewiczów dobra: od tabakierek poczynając, a na meblach i trofeach myśliwskich kończąc. Okres Rzeczypospolitej Obojga prawie się nie wspomina, ale za to okres Litwy międzywojennej. Ciekawy jest fakt, gdy w czasach sowieckich, Litwini potrafili przekonać Moskwę, że należy dać finanse na odbudowe zamku, który jest symbolem walki z nawałą Krzyżacką. Kilka dobrze spotkanych delegacji i oto zamek odrodził się z prochów średniowiecza. Ciesząc się, że zamek stoi, a my mogliśmy poznać jego zakątki, a także historię, zakupiliśmy pamiątki.
Nim wróciliśmy do Wilna, zostaliśmy zaproszeni do knajpy, w której serwują pierożki karaimskie – kybyny. Muszą być zrobione z mięsa grzbietu barana, zakręconego do ciasta, po wypieczeniu, ciasto przypomina smak płaskiego chleba, jaki spotyka się na wschodzie, z tym, że we środku kybyna jest smaczne mięso, pływające w roztopionym łoju. Teraz kybyny robią przeważnie z wieprzowiny, co denerwuje starych Karaimów. Osobiście nikt z nas nie wie, czy po prostu zjadł kawałek baranka czy też świnki. Myśląc o zamku, unii polsko-litweskiej i o biednym baranku odjeżdżamy z Trok kierując się ku Wilnie. Po drodze pan przewodnik opowiedział nam o Karaimach. Słowo Karaim oznacza należność do odłamu judaizmu nieuznającego Talmudu. Podobno na świecie jest około trzech tys. Karaimów, ponad 200 mieszka na Litwie, przeważnie w Trokach i jego okolicach. Na przełomie XIV-XV wieków Książe Witold sprowadził wiele Karaimów i Tatarów z Krymu. Karaimi byli dobrymi ogrodnikami, wiec Książe postanowił przenieść ich na Litwę. Razem przyprowadził Tatarów, którzy również osiedlili się w Trokach. Troki i ich historię zostawiamy za sobą..

ZARZECZE: Wieczorem udaliśmy się ulicami nieodnowionej, wschodniej części Starego Wilna. Zarzecze, miejsce gdzie mieszkaliśmy to mała dzielnica z trzech stron otoczona rzeką Wilenką. Do niedawna skrajnie zaniedbana, od kilku lat przeżywa renesans. Miejsce dla tych wszystkich którzy są miłośnikami bohemy i są bardzo artystycznie „zakręceni”. Stylowa, choć zrujnowana zabudowa przyciągnęła młodych artystów. Założyli pracownie, galerie i knajpki. I powołali Republikę Zarzecza z własną konstytucją, której postanowienia spisane na lśniących tablicach wiszą na murze, a które ochrania specjalny anioł. Oto kilka z nich: „Każdy ma prawo żyć nad rzeką Wilenką/ Każdy ma prawo do ciepłej wody, ogrzewania w zimie i całego dachu nad głową/ Każdy ma prawo być niepowtarzalny/ Każdy ma prawo do popełniania błędów/ Każdy ma prawo być szczęśliwy/ Każdy ma prawo być nieszczęśliwy/ Każdy jest odpowiedzialny za swoją wolność/ Każdy ma prawo umrzeć, ale nie jest to obowiązkowe”.
Na Zarzeczu można znajdują się sąsiadujące ze sobą dwa późnogotyckie kościoły – św. Anny i Bernardynów, obydwa niezbyt duże, ceglane, mocno spóźnione (pod koniec XVI w., gdy je wznoszono, w Polsce żegnano już renesans). O tym pierwszym Litwini lubią powtarzać, że Napoleon tak się nim zachwycił, że chciał go przenieść na dłoni do Paryża. Znając skłonność Francuzów do składania deklaracji bez pokrycia, specjalnie bym się nie ekscytował tą wypowiedzią, ale niewątpliwie niewielki kościółek zasługuje na uwagę, zwłaszcza jego ozdobna fasada z dramatycznie przenikającymi się ornamentami. Mnie jeszcze bardziej urzekł sąsiedni kościół Bernardynów z pięknym, stonowanym wnętrzem i świetnie komponującymi się pamiątkami po wileńskich plastykach (kościół w czasach radzieckich był użytkowany przez tutejszą ASP). Obok obu świątyń ustawiony jest pomnik Adama Mickiewicza, trochę dziwny, bo wieszcz nie stoi na cokole i mocno się biedak podpiera. Po zdjęciach i próbie potrzymania wieszcza na duchu. Udaliśmy się na Stare miasto.. trochę czasu wolnego, na spacer, zbiórka wesołym marszem do pokojów… Odbyły się również próby grup artystycznych w podziemiach naszego hotelu. Następnie integracja pokojowa.

Środa 5.10

Kolejny poranek, trudno się wstaje, po „przegadanej” nocy. Niektórzy zostali uraczeni nocną wizytą w pokojach, przez panie: Małgorzatę, Ewę i Kasię. Niestety jednostki, które zostały nie zidentyfikowane z pokojem musiały go opuścić. Nie pomogły tłumaczenia, że gramy w karty, albo przyszliśmy pożyczyć cukier . Schemat dnia znacie, a więc zacznijmy od momentu, gdy znajdujemy się w autokarze. Pani dyrektor „CHWALI NAS! I życzy sobie abyśmy nadal tak się cudownie zachowywali”. Radę bierzemy sobie głęboko do serca. W centrum zabieramy naszą panią przewodnik, (która stała się nasza mamą-macochą). Niestety autokar opuszcza p. Ochman z Dagmarą klasa IICL, która naderwała sobie ścięgno (gdyby kózka nie skakała moja droga Dagmaro ) i musiała udać się do Polikliniki. My udaliśmy się na podbój WILNA.

CMENTARZ NA ROSSIE:
Ojczyzna – to ziemia i groby
Narody tracąc pamięć – tracą życie.
C.K. Norwid
Będąc w Wilnie nie sposób pominąć cmentarza na Rossie, jednego z najpiękniejszych polskich cmentarzy, a także jednego z niewielu tak silnie wplecionych w polskie losy. Spacerując jego alejkami, wokół grobów znamienitości życia społecznego, naukowego, kulturowego chcąc nie chcąc raz jeszcze przerabiamy lekcję historii. Lekcję niezwykłą, bo zaklętą w szczątkach naszych przodków. Pamięć o nich okazała się silniejsza od niebytu śmierci. Cmentarz na Rossie został założony w 1769 roku. Przyczynił się do tego burmistrz Bazylii Miller. Skąd się wzięła i jakie jest pochodzenie nazwy „Rossa” dokładnie nie wiadomo. Wchodząc na jego teren przechodzimy obok grobu marszałka Józefa Piłsudskiego i jego matki. Na czarnej granitowej płycie, dzisiaj już w paru miejscach wyszczerbionej, wyryto napis: „MATKA I SERCE SYNA”. Widnieją też na niej słowa z poematów Słowackiego „Wacław” i „Beniowski”: „…Ty wiesz, że dumni nieszczęściem nie mogą Za innych śladem iść tą samą drogą”. poniżej zaś:
… Kto mogąc wybrać, wybrał zamiast domu
Gniazdo na skałach orła, niechaj umie
Spać, gdy źrenice czerwone od gromu
I słychać jęk szatanów w sosen szumie.
Tak żyłem.
Serce marszałka Piłsudskiego zostało najpierw złożone w kościele św. Teresy w Wilnie. Było to dokładnie 31 maja 1935 roku. Dopiero rok później zostało przeniesione na Rossę, gdzie spoczęło u stóp matki, Marii z Billewiczów Piłsudskiej. Jej zwłoki przywieziono z Litwy. Wśród znajdujących się nieopodal żołnierskich mogił z lat 1919, 1920, 1944 są trzy z roku 1939. Spoczywają tam żołnierze pełniący wartę przy Mauzoleum Marszałka w nocy z 18 na 19 września, gdy do Wilna wkraczała Armia Czerwona. Wchodzimy na teren jednego z najpiękniejszych cmentarzy nie tylko w Wilnie, ale bodajże w Polsce. Jego górzyste położenie w połączeniu z grą cieni krzyży i nagrobków w świetle przebijającego się przez konary drzew momentami jesiennego słońca pobudza wyobraźnię a brązowo-czerwone liście wprawia w zadumę. Dotykamy historii w kamieniach zaklętej, historii odległej, a jakże teraz nam bliskiej. Nasza „macocha” próbuje zasiać w nas pamięć o rodakach ich czynach, na płytach nagrobnych widnieją znane nazwiska, na niektórych z nich złożone kwiaty z czerwonobiałą wstęgą. Pamięć o Rossie o Wilnie musi trwać w nas, bo któż po nas, jeśli nie my przekroczymy raz jeszcze bramy cmentarza by chociaż na chwile zatrzymać się i sprzątnąć liście (również ludzkiej niepamięci)

STARE MIASTO: Następnie malineczki i truskaweczki czyli MY (przydomek otrzymaliśmy od pani przewodnik) udały się aby odkryć i pokochać Wilno. Wilno (Vilnius) to bez mała 600-tysięczna stolica niepodległej Litwy, miasto młode, pełne życia, szybko rozwijające się. Jego serce stanowi przepiękna starówka (Senamiestis), jedna z większych i rozleglejszych w Europie. O niegdysiejszej świetności grodu nad Wilią (Neris) i Wilenką (Vilnia) świadczy kilkadziesiąt zabytkowych, przeważnie barokowych kościołów, wspaniałe magnackie rezydencje i mieszczańskie kamieniczki. Nie da opisać się wszystkich zabytków, które widzieliśmy. Trzeba samemu pójść uliczkami, którymi chadzali filomaci i filareci. Zobaczyć plac Katedralny, zachwycić się pięknem baroku Wileńskiego wchodząc do kościoła śś. Piotra i Pawła, zatrzymać się przed Uniwersytetem Wileńskim przeczytać napis „Alma Mater Vilnensis, przekroczyć bramę Bazylianów, zobaczyć cele Konrada, wejść do cerkwi i meczetu.

Emocji i atrakcji nie było dosyć, gdyż udaliśmy się do Niemieża, ażeby rozegrać międzynarodowy mecz koszykarski. W reprezentacja Litwy kontra Conradinum (w której występowali zawodnicy płci żeńskiej i męskiej) o niezłomnym duchu i sile. Zawodników przygotowała: p. mgr Ewa Wolińska i p. mgr Katarzyna Kowalczyk. Niestety autorka tekstu nie mogła dopingować i wspierać duchowo szkolną drużynę. Ponieważ podczas meczu, na szkolnej auli odbywała się próba przedstawienia, w którym uczestniczyła. Nie mniej słysząc szał emocji jaki panował w pobliskiej sali W-f, domyśla się zaciętości walki. Gwarantuje nie mniejsze emocje panowały na auli ;-). Podsumowując pobyt w szkole w Niemieżu: mecz niestety przegraliśmy (72:38), ale jak powiedział Józef Klemens Piłsudski: „Być zwyciężonym i nie ulec to zwycięstwo, zwyciężyć i spocząć na laurach – to klęska”.
Nim poszliśmy spać, po obiadokolacji udaliśmy się do centrum handlowego AKROPOLIS. Centrum jak centrum, szał zakupów, galerie, restauracje, jednak wyróżnia coś to miejsce mianowicie znajdujące się w jego środku lodowisko,. Jednak większość naszych podróżników skupiła się na zapełnianiu koszyków sklepowych ;-). Niestety na koniec dnia, zdarzył się smutny wypadek: zasłabła Kasia, której stan wymagał pobytu w szpitalu. Wróciliśmy do naszego hotelu, bez pani Ochman, która wraz z Kasia pojechała do Polikliniki. Około 3-4 w nocy wróciły wykończone do ośrodka. Kolejna noc..

Czwartek 6.10

Dziś wstaliśmy bardzo wcześnie przed 7:00 (czyli przed 6:00). Powód nasz cel podróży- pielgrzymki Szawle: Góra Krzyży. Miejsce szczególne, w które po raz pierwszy zaprosili nas litewscy nauczyciele. Zrozumiałe było zmęczenie pani dyrektor, konieczny było aby Kasia i Dagmara na ich stan zdrowia zostały w ośrodku, zajęła się nimi pani Bożenną. Autokar, a na jego pokładzie my.. Każdy sennym spojrzeniem szukał poduszki, którą przed chwilą porzucił. Wyruszyliśmy najdłuższa podróż w głąb Litwy. Podróż długa i męcząca, przeplatana filmami, niektórzy próbowali czytać książki, inni po prostu spali. Za oknem rysował się krajobraz Litwy, mglisty, jesienny nizinny z odległymi wiejskimi domkami, niektórymi w żenującym stanie.. Kilkakrotnie się zatrzymaliśmy na wiadome potrzeby naszych organizmów. Ciekawostką wileńską są toalety – nawet nowe, pięknie wyremontowane i drogie, np. na dworcu kolejowym (widziałam osobiście) czy też w lesie . Przed skorzystaniem należy nabyć u pani w okienku bilecik i po chwili można znaleźć się w nowiutkiej, czystej toalecie… z dziurą w podłodze, w lesie nie jest tak nowiutko biletów nie ma 😉 Wszystko to jest pamiątką po ZSRR i, jak sądzę, wkrótce stanie się przeszłością.
Mimo, że nie jechał z nami przewodnik, szybko znaleźliśmy lektora: p. Urbanowicz, która przytoczyła nam historię miejsca do którego zmierzaliśmy. Historia Góry Krzyży sięga początku XIX wieku, czasów powstania listopadowego (1831 roku) oraz powstania styczniowego (1863 roku). Zanim jednak to miejsce przybrało dzisiejszy kształt miało już swoją historię. Oczywiście łatwo się domyśleć, że pagórek wznoszący się na równym terenie jest zapewne dziełem rąk ludzkich. Tak też jest w tym wypadku, Już od dawna Litwini, tak jak i inni katolicy, mieli zwyczaj stawiania drewnianych krzyży i kapliczek na rozstajach dróg, przy swoich domostwach, a także w miejscach, które należało uświęcić. W przeciwieństwie do innych krajów, litewskie krzyże i kapliczki są bardzo ozdobne. Często przyjmują bardzo skomplikowane kształty, pełne bogatych ornamentów. Kiedy dokładnie zaczęto stawiać krzyże wotywne w tym miejscu, trudno powiedzieć. Pierwsza pisemna informacja na ten temat pochodzi z roku 1850. Wiadomo, że w tamtym czasie proces stawiania nowych, katolickich krzyży odbywał się już na znaczną skalę. W związku z tym rosyjskie władze, które już od końca XVIII wieku sprawowały władzę nad wschodnimi ziemiami I Rzeczypospolitej, wydały zakaz stawiania w tym miejscu nowych krzyży. Wiązało się to z procesem rusyfikacji, którego elementem była także walka z Kościołem katolickim. Oczywiście uparci Litwini nadal stawiali nowe krzyże wotywne, szczególnie w momentach tragicznych, takich jak na przykład czas represji po upadku powstania 1863 roku. Tragicznym momentem w historii Góry Krzyży były lata komunizmu, kiedy Litwa została anektowana jako kolejna republika do Związku Radzieckiego. Była ona symbolem, który kłuł w oczy komunistycznych aparatczyków. Państwo radzieckie prowadziło przecież otwartą wojnę z Kościołem, góra zaś była zbyt wymownym symbolem przywiązania do tej wiary ludności Litwy. Sprawę zaczęły komplikować powroty Litwinów z zesłania . Wiele osób, które powróciły do swoich domów w podzięce za to, przynosiły tu swoje krzyże. Władzom było tego za wiele. Początkowo „nieznani sprawcy” kradli nowe krzyże. Jednak w miejsce jednego usuniętego, pojawiało się kilka nowych. Kiedy więc władze stwierdziły, że takie działanie jest mało skuteczne, przystąpiono do działań bardziej radykalnych. Na wiosnę 1961 roku przyjęto postanowienie o likwidacji wszystkich krzyży. Pod eskortą wojska, za pomocą buldożerów rozpoczęto totalna destrukcję. Drewniane krzyże pościnano, te metalowe wyrwano i wywieziono do składnic złomu. Całą akcję tłumaczono tym, że należy to miejsce przywrócić do historycznego kształtu, czyli miał to być znowu kurhan. Mimo tych zniszczeń po kilkunastu latach góra zaczęła ponownie powracać do swojego dawnego kształtu. Pojawiły się pierwsze krzyże za nimi następne. Na początku lat 90. Naliczono ich tam co najmniej 15 tysięcy.

GÓRA KRZYŻY: Na terenie Litwy, 12 kilometrów od miejscowości Szawle (Šiauliai), obok szosy na trasie Szawle – Ryga znajduje się niewielki pagórek. Jego wysokość sięga 10 metrów, zaś u podstawy zajmuje obszar 25 x 20 metrów. Niezwykłość tego wzniesienia polega na tym, że całą jego powierzchnię zajmują tysiące, głównie drewnianych krzyży, postawionych tutaj przez pielgrzymów z terenu całej Litwy, a nawet i zagranicy.
Kiedy obserwuje się to miejsce z daleka, wrażenie jest niewielkie, zaskoczyło raczej nas swym minimalizmem (chodzi o wysokość), każdy z nas szukał czegoś na wzór Giewontu. Wystarczy jednak stanąć u stóp Góry Krzyży – bo tak to miejsce się nazywa – aby wkroczyć w inny świat. Człowiek nawet mało religijny jest w stanie doznać tu uniesień, o których dawno już zapomniał. Przede wszystkim czuć tu ogromną siłę wiary, można sobie tu przypomnieć czym jest prawdziwy Kościół. Mimo, że pełno tu krzyży, brak jest skojarzeń z cmentarzem. Nie wiem na czym to polega, ale tak jest. Bardziej myśli się tutaj o żywych. Każdy na tą Górę niesie swoją intencje. Także my ustawiliśmy swój krzyż, który dostaliśmy ze szkoły w Niemieżu. Zaznaczyliśmy nasz hołd w tym miejscu: „Nauczyciele i młodzież z zaprzyjaźnionych szkół w Gdańsku i Niemieżu”, zawierzyliśmy intencje uczniów naszej szkoły i szkoły w Niemieżu i wszystkich nauczycieli; nasze intencje również znalazły swoje odzwierciedlenie: wieszając nasze miejsce krzyżyki na ów krzyż. To miejsce zostanie długo w mojej pamięci, gdyż została tam cześć nas.
Udaliśmy się w drogę powrotną, przez Szydłów, niestety nie zatrzymaliśmy się w Kownie. Ale każdy z nas uważa ten dzień za wykorzystany :). Kolacja była bardzo późno.. no cóż spóźniliśmy się, wcześniej otrzymaliśmy bułeczki domowej roboty, czas i serce, które włożyły nauczycielki ze szkoły w Niemieżu. Tworząc pyszności do 4 rano, abyśmy nie umarli z głodu. Bardzo dziękujemy!! Po obiadokolacji, czas na pakowanie. Poszukiwania drobiazgów, zabezpieczenie prezentów ;-). A po pakowaniu: Zielona noc, każdy przeżył ją na swój sposób. Jednak oficjalnie była dyskoteka wspominana już kiedyś podziemiach naszego hotelu. Muzyka z głośników płynęła, światła pląsały, ludzie wirowali..

Piątek 7.10: Czas pożegnania

Spakowani wieczorem, znieśliśmy przed śniadaniem nasze bagaże do autokaru. Wszyscy ubrani cywilnie 🙂 udaliśmy się do centrum Wilna aby zobaczyć i wjechać na szczyt wieży telewizyjnej. Wznosząca się o ponad 326, 5 m nad miastem wieża telewizyjna jest najwyższym budynkiem jak latarnia morska. Nic dziwnego, konstrukcja łudząco przypominająca berlińską Wieżę Telewizyjną ma wysokość odpowiadającą Wieży Eiffla. Obrona Wieży w styczniu 1991 r. (okupiona 13 ofiarami śmiertelnymi) była punktem zwrotnym w litewskim „wybijaniu się na niepodległość”. Po atrakcjach w chmurach udaliśmy się na Stare Miasto. Mieliśmy dwie godziny czasu wolnego, wyposażeni w mapki miasta i aparaty fotograficzne rozstaliśmy się. Zwiedziwszy bezcenne zabytki Wilna, warto spróbować samemu wczuć się w duszę miasta; pogaworzyć ze śpiewnie zaciągającym staruszkiem, pobłądzić bez celu po wąskich uliczkach i zaułkach, posiedzieć na parkowej ławeczce koło katedry lub nad Wilią, popatrzeć na nie z wysokości baszty Giedymina lub Góry Trzykrzyskiej. Spacerując tak w zamyśleniu nie mogliśmy zapomnieć o ustalonej godzinie i spotkaniu przy Ostrej Bramie. Każdy wstąpił, aby pokłonić się Ostrobramskiej Pani.
OSTRA BRAMA: to jedyna zachowana z 9 istniejących niegdyś bram miejskich w murach obronnych Wilna, wzniesionych na początku XVI wieku. Najpierw zwana była Miednicką, gdyż prowadziła do traktu do Miednik Królewskich, gdzie znajdował się zamek wielkich książąt litewskich. Obecnie określenie przyjęło się niemal 100 lat później i pochodzi od nazwy dzielnicy zwanej Ostrym Końcem. Od strony miasta znajduje się kaplica Matki Boskiej Ostrobramskiej, z cudownym obrazem, namalowanym temperą na dębowej desce.
Piękne słońce świeciło w oczy a my udaliśmy się do autokaru, aby UWAGA: przebrać się w mundurki. Komiczny musiałby być widok ponad 20 koleżanek przebierających się w autokarze w: spódniczki, rajstopy, białe koszule i krawaty, nie wspominając o pantofelkach. Później kolej przyszła na naszych panów: cierpieli z powodu duszących zapachów kobiecych perfum w naszym pojeździe. Jednak zmiana uniformu przebiegła u nich bardzo sprawnie. Szykownie odziani- jak uczniowie w końcu Conradinum! Udaliśmy się pod wspomnianą Ostrą Bramę. Musicie sobie wyobrazić zaskoczenie osób znajdujących się na chodniku, widząc nasza umundurowaną brać.
Kulminacja naszego wyjazdu było przybycie po raz ostatni do szkoły w Niemieżu. Na auli szkolnej odbyła się swego rodzaju akademia. Na początku moc serdeczności popłynęła z ust dyrektorów szkół Conradinum i w Niemieżu. Przeszliśmy do części artystycznej pierwsi zaprezentowali przedstawienie Litwini. Pokonując bariery językowe, zaprowadzili widzów w krainę wyobraźni: wykorzystując grę światła ultrafioletowego. A litewski chór zaśpiewał m.in. „Poszła Karolinka..”, porwał niemal do tańca całą salę. Pora przyszła na zaprezentowanie Conradinum, wręczone zostały prezenty, podarunek od Conradinowców: sprzęt sportowy. Za kurtyną trwały nerwowe zmiany dekoracji. Uczniowie Conradinum zaprezentowali przedstawienie pod tytułem „Miłość niejedno ma imię” reżyserii: p. Małgorzaty Urbanowicz. Następnie krótki muzyczny, fortepian: Agata z II DL i wiolonczela: Adam z II FL. Na finał wystąpiła grupa taneczna z układem a także zatańczyły dziewczyny ZORBĘ (taniec życia).
Spontaniczność i radość to słowa które oddają najlepiej to co działo się na scenie i wśród publiczności .
Podziękowania, kwiaty i uśmiechy. Wszyscy wiedzieli że już pora się rozstać. Wyskakujemy z mundurów (ja ze stroju z przedstawiania) z ogromną radością. Ruszamy ma parkiet- dyskoteka- pora się poruszać przed nużącą podróżą do domu. Podczas dyskoteki zostaliśmy ugoszczeni królewskim jadłem (nikt z nas przez ostatni tydzień owoców nie widział) i słodkimi słodyczami. większość starała się zintegrować w szkole lub też poza jej murami (na zielonej trawie). Przekazywaliśmy pozytywna energię (żółwik) naszym litewskim PRZYJACiołom, ucząc się od nich otwartości i tolerancji. Zburzyliśmy językowe problemy wieży Babel: potok serdeczności wyrażany w trzech językach: polskim, litewskim i rosyjskim radośnie rozbrzmiewał, głosił: MOC PRZYJAŹNI, konieczność wtórnego spotkania, TĘSKNOTY i PAMIĘCI…


„I ja tam z gośćmi byłem, miód i wino piłem,
A com widział i usłyszał, w księgi umieściłem”.

Zauroczona Wilnem Joasia Krawczyk

Gdańsk, 12.X.2005